Strona główna » The Lost Crown albo majówka z duchami

The Lost Crown albo majówka z duchami

Tekst pierwotnie opublikowany 10.01.2010 w serwisie Technopolis pt. „The Lost Crown” – recenzja gry

Zdawać by się mogło, że najdogodniejszy termin wywoływania duchów to 31 października. Wtedy u nas trwa noc dziadów, a świat zachodni celebruje celtyckie święto Samhain. Jednak zarówno w kalendarzu Słowian, jak i bardziej nas tutaj interesujących Celtów był jeszcze inny magiczny moment przejścia. W ostatnią noc kwietnia również zacierała się granica między światem żywych i umarłych, by dusze przodków odwiedziły swe dawne domy. Wygaszano wówczas wszystkie ogniska, by rozpalić je nazajutrz podczas obchodów ku czci boga światła Bela. Dziwnym trafem Nigel Danvers przybywa do Saxton parę dni przed świętem Beltane.

na-cmentarzu-w-saxton

Ktokolwiek zdążył już sobie wyobrazić wirujący stolik z tradycyjnych seansów spirytystycznych, proszony jest o zastąpienie go sprzętem bardziej zaawansowanym technologicznie. W ekwipunku znajdziemy tym razem kamerę noktowizyjną, miernik pola magnetycznego, superczuły magnetofon czy reagujący na ruch aparat fotograficzny. Wcielamy się bowiem w nowoczesnego łowcę duchów, który nie ogranicza się do wiary w zjawiska paranormalne, lecz szuka dowodów na ich istnienie. Wysłuchuje przesądnych i zabobonnych, ale pozostaje otwarty na argumenty miejscowej sceptyczki.

Można się z lekka przestraszyć

Dość długo utrzymujemy się w przekonaniu, że akcja rozgrywa się na planie realnym. Wyposażeni w profesjonalny sprzęt, odwiedzamy realistycznie przedstawione kornwalijskie miasteczko, gdzie uczestniczymy w wydarzeniach prawdopodobnych. Radzę jednak od początku nałożyć słuchawki. Goście z zaświatów mogą manifestować swą obecność nie tylko przez zjawiska sferyczne i stężenie ektoplazmy. Warto uruchamiać grę dopiero po zachodzie słońca, by w pełni poddać się jej nastrojowi. Kto lubi dreszczyk emocji, będzie miał okazję się z lekka przestraszyć.

zjawisko-sferyczne

Wizualnie The Lost Crown przypomina czarno-biały film z lat pięćdziesiątych. Tylko gdzieniegdzie obraz ożywiają pojedyncze akcenty barwne. Na ogół wybór akcentowanych elementów krajobrazu wydaje się przypadkowy, ale niekiedy uda nam się odgadnąć intencję autora. Szare pejzaże pochmurnych dni dobrze się komponują z kolorystyką nocnych eskapad na cmentarz, odwiedzin nadmorskich grot i zapomnianej kopalni, dokąd nigdy nie docierają promienie słoneczne. Nawet gdy brak naturalnego światła, gra się komfortowo, a wszystkie detale są widoczne i czytelne. Mimo dominującej szarości lokacje są na tyle intrygujące i różnorodne, że ich eksploracja sprawia przyjemność.

Poszukiwacze skarbów i porywacze kotów

Tytuł The Lost Crown nawiązuje do legendy o zaginionej koronie anglosaskich władców, która ponoć spoczywa gdzieś na wybrzeżu południowej Anglii. Legenda przyciąga poszukiwaczy skarbów, a ci muszą stawić czoła duchom, które czasem proszą o pomoc, kiedy indziej bronią dostępu i sprowadzają na manowce. Pomysł fabularny pochodzi z opowiadania M. R. Jamesa A warning to the curious, ale Jonathan Boakes wykorzystał go tylko jako punkt wyjścia do snucia własnej opowieści.

widok-saxton-w-the-lost-crown

Stworzył Saxton – nie tylko jako lokację, ale mikroświat, z własnymi legendami, wierzeniami i bogatą historią osadzoną na tle dziejów Anglii. Będziemy ten świat poznawać i zgłębiać, wysłuchując opowieści mieszkańców, wertując stare księgi lub oglądając filmy w muzeum. Losy żywych, zmarłych i duchów splątane są z poszukiwaniem tytułowej korony. Na tym tle pojawia się jeszcze dość nietypowy wątek kryminalny: tajemnicze zniknięcia kotów. Wbrew pozorom to całkiem poważna historia, dla miłośników zwierząt może się nawet okazać najbardziej poruszająca ze wszystkich.

Prędzej czy później ciekawość prowadzi grającego do sprawdzenia, na ile tak sugestywnie przedstawiony świat wirtualny jest zbieżny z realnym. Znajduje stronę miasteczka, porównuje miejsca rzeczywiste z lokacjami w grze, czyta relacje badaczy zjawisk paranormalnych. Coraz trudniej mu znaleźć granicę między prawdą, fikcją i mistyfikacją. W ten sposób zabawa z The Lost Crown nie zamyka się w obrębie rozgrywki, ale ma swoje przedłużenie w zasobach światowej sieci.

Bohater sunie jak duch

Aby się nie pogubić w plątaninie wątków, otrzymujemy notatnik, uruchamiany automatycznie w kluczowych momentach. Czytamy wówczas krótkie podsumowanie ostatnich wydarzeń oraz plan zadań w następnej sekwencji. Brak tu natomiast tak popularnych ostatnio ułatwień, jak ujawnianie hot-spotów, teleportacja, pomijanie dialogów. Jednych długie wędrówki, rozmowy i mozolne poszukiwania będą nużyć, innym pozwolą się lepiej… zanurzyć w świecie gry. W immersji nie przeszkadzają też zagadki. W większości są na tyle logiczne i dobrze osadzone w fabule, że niemal nie zauważa się ich istnienia. No, może dopóki nie zaczniemy się bawić w organistę…

u-wrozki-w-the-lost-crown

Od początku dostrzegamy natomiast kłopoty z animacją głównego bohatera. Nigel bardziej sunie (jak duch) niż kroczy, co przy odrobinie dobrej woli można uznać za efekt zamierzony. Chyba jednak wynika to z braku doświadczenia, bo w poprzednich grach (Dark Fall 1 i 2) autor wykorzystywał widok pierwszej osoby. W konstrukcji da się też zauważyć rysa, która sprawia, że w ostatniej fazie gry spada napięcie, a nawet można odczuwać znużenie. Punkt kulminacyjny następuje dość wcześnie, po czym dalszy ciąg odbieramy jak epilog, bez większych emocji.

Mówiąc o usterkach, nie sposób pominąć faktu, że studio Darkling Room to właściwie jedna osoba. Niemal wszystko jest tu dziełem Jonathana Boakesa, tylko w pracy nad efektami świetlnymi wspomagał go Matt Clark. Wiele niedoskonałości dałoby się wyeliminować poprzez dokładniejsze testy czy zatrudnienie profesjonalnych aktorów (głosy podkłada autor oraz przyjaciele). Natomiast zaletą jednoosobowego zespołu jest to, że pilnie wsłuchuje się w opinie graczy. Może więc uwzględni ich uwagi w pracach nad zapowiedzianą już kontynuacją.

widok-saxton-z-inwentarzem

Mimo że The Lost Crown ukazała się prawie dwa lata temu i w wielu plebiscytach została uznana za najlepszą grę przygodową 2008 roku, do naszych sklepów trafiła dopiero w grudniu 2009. Miejmy nadzieję, że na polskie wydanie The Last Crown: Haunting of Hallowed Isle nie przyjdzie nam czekać zbyt długo.

Podobne wpisy

  • Macki w Sanitarium

    W Green Hills Sanitarium ratowałam ukochanego, który udał się do podejrzanej kliniki psychiatrycznej, by zbadać bliżej nieokreślone nieprawidłowości, i nie powrócił z tej misji. …

  • Pentiment – między młotem a kowadłem

    „To, że człowiek z gminu nauczył się czytać, nie oznacza wcale, że potrafi w pełni zrozumieć treść każdej książki, która wpadnie mu w ręce.” (ksiądz Tomasz z parafii Najświętszej Panienki od Labiryntu)…

  • Do kogo ta mowa, Abaurycy?

    Kumpel z dzieciństwa, obecnie przywódca przestępczego półświatka lewobrzeżnej Warszawy, namawia bohatera do udziału w ustawce na Różycu. Odwołując się do wspólnych młodzieńczych wypadów, zabiera go w – cytuję – „podróż sentymentalną” na Pragę.

  • Gry nie dla idiotów

    „Pogoda jest tam kiepska, oświetlenie słabe, rzeczywistość okrutna, a życie drogie, bo dla odmiany śmierć jest tania” – uprzedzał Terry Pratchett.

  • Telefony w mojej głowie

    Całkiem niedawno telefony komórkowe nie istniały. Nie było ich w grach ani w codziennym życiu. Też nie rozumiem, jak ludzkość mogła bez nich funkcjonować przez kilka tysiącleci.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *