Strona główna » Little Inferno – gaworzenie gier

Little Inferno – gaworzenie gier

Kto jeszcze nie poznał Little Inferno, powinien czym prędzej nadrobić zaległości. Najlepiej bez czytania recenzji i słuchania cudzych opinii. Ewentualnie można obejrzeć zwiastun filmowy i rzucić okiem na ilustracje. Recenzje niech czytają ci, którzy już spalili wszystkie swoje zabawki i napatrzyli się w ogień do woli. Lekturę niniejszego artykułu też odradzam, choć mam nadzieję, że nikt nie posłucha.

gra-little-inferno

Specjalne środki ostrożności są wskazane z tej przyczyny, że satysfakcja ze spotkania zależy po części od czynnika zaskoczenia. Przyjemnie poczuć mrowienie podczas samodzielnego odkrywania niuansów i zgłębiania płaszczyzn interpretacji. Nie ma to jak samemu zacząć podejrzewać, a potem upewniać się, że gra nie jest tym, czym się zdaje, by w końcu niecierpliwie czekać na pointę. Piszący o niej inteligentni recenzenci dokonują cudów zręczności i dyplomacji, by zaciekawić czytelnika i nie zdradzić zbyt wiele. Tymczasem pozostali (którzy zmobilizowali mnie do podjęcia tematu) nie mają skrupułów w przedstawianiu zarzutów. Zarzucają Little Inferno, że nie dorasta do pięt poprzednim dokonaniom autorów (World of Goo), że krótkie i słabe, a w ogóle to jakiś „każual”.

Little Inferno dla każdego

Zwłaszcza to ostatnie słowo w języku graczy stanowi poważny zarzut. Oznacza bowiem grę, w którą może zagrać każdy, nawet – to już prawdziwa obelga – zwykła gospodyni domowa. A wiadomo przecież, że każdy to sobie może czytać książki lub oglądać seriale. Natomiast granie to rozrywka dla wtajemniczonych, wymagająca doświadczenia i wyższych umiejętności. „Zarzut” przystępności jak najbardziej słuszny, rzeczywiście wystarczy tylko usiąść i klikać, choć przyda się jeszcze znajomość angielskiego.

Według „hardkorów”, na niekorzyść gry przemawia również ta okoliczność, że da się ją ukończyć w jeden wieczór. To też prawda; pierwsze przejście zajęło mi pięć godzin, drugie tylko trzy. Tylko że wciąż nie rozwiązałam wszystkich kalamburów, więc co wieczór wrzucam coś do kominka, a nuż tym razem się uda. Licznik w grze wypomina mi już kilkanaście godzin strawionych w ogniu. A to nie koniec, bo do rozwiązania pozostało jeszcze parę zagadek.

internet-cloud-in-the-game-little-inferno

Niestosowność pisania o Little Inferno bierze się stąd, że jej konstrukcja opiera się na metaforze. Każda próba opisu ją spłaszczy i zniszczy, a rozbiór na czynniki pierwsze przypominać będzie szkolne „co autor chciał przez to powiedzieć”. Nie chcę tego robić, ale trochę będę, bo ktoś musi, zresztą ostrzegałam. Metafora, z definicji pozbawiona jednoznaczności symbolu, pozwala na wielość interpretacji. Tym bardziej taka, która rozciąga się na kilku płaszczyznach, jak w tym przypadku. Obejmuje samą sytuację, czynności, przedmioty i postaci, każde z osobna i razem wzięte. Metaforyczne jest wewnętrzne ciepełko i pogoda na zewnątrz, obowiązkowy w każdym domu kominek, wpatrywanie się w ogień i palenie. Metaforycznie da się odczytać to, co do pieca wkładamy, a także odwrócenie się od płomieni i wyjście z domu.

Little Inferno – kalambury też płoną

Na poziomie najbardziej dosłownym Little Inferno to rzeczywiście niezbyt wymagająca, ale przyjemna zabawa. Polega po prostu na wrzucaniu przedmiotów z katalogu do ognia i obserwowaniu, jak płoną. A palą się pięknie i różnorodnie, niekiedy z dodatkowymi efektami specjalnymi. Pouczającą, a momentami wymagającą rozrywką jest łączenie ich w zestawy i rozwiązywanie słowno-obrazkowych szarad.

Zwraca uwagę dopracowanie szczegółów, w tym realistyczny, przyciągający wzrok ogień. Zachwyca poetycki pogodynek, ale też sam ekran powitalny z trwającą w zawieszeniu płonącą zapałką i muzyką Kyle’a Gablera. Śmieszą, a czasem zaskakują celnością opisy towarów z katalogu, np. definicja chmury internetowej. Znajdziemy wśród nich zwykłe zabawki i przedmioty znaczące, także związane ze światem gier. Uwaga, po kropce wzniesiemy się na jedną z wyżyn interpretacji. Little Inferno to gra autorefleksyjna (meta-gra), której tematem są gry, gracze i granie.

W dostrzegalnej na pierwszy rzut oka warstwie wizualnej oraz ze względu na mechanikę gra pozostaje satyrą na proste gierki społecznościowe. Wciągając w kompulsywne klikanie, sprytnie wykorzystują ludzkie słabości i psychotechniczne tricki, by zarobić na klientach. W głębszym sensie Little Inferno uzmysławia nam, że równie trywialna jest większość tzw. prawdziwych gier głównego nurtu. Oparte na zasadzie totalnej destrukcji, zmierzają do tego samego celu.

fire-is-not-for-use-outside-fireplace

Jest pewien test na początku gry, gdy wrzucamy do ognia autobus. Tylko dziecko lub ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z grami, dzięki swej niewinności ten szczególny moment uchwyci. Dla zaprawionych w bojach graczy dochodzące z ognia odgłosy stanowić będą jedynie dodatkowy efekt umilający zabawę. Skłania to do refleksji nad historią i kondycją współczesnej elektronicznej rozrywki oraz wynikającymi z niej zagrożeniami. Zmusza do pytania o wyjście gier i graczy z dziecięctwa i osiągnięcie upragnionej (przez niektórych z nas) dojrzałości.

Gry uczą się mówić

Wydłuża się lista niepokojących zjawisk dręczących nas u progu XXI stulecia. Samotność (w sieci i w tłumie), uzależnienia, cyborgizacja człowieka, rozpad więzi międzyludzkich, wirtualizacja kontaktów, brutalizacja rozrywki, trywializacja kultury, galopujący konsumpcjonizm… Długo by można wyliczać. Rozmyślają nad nimi filozofowie, socjologowie piszą rozprawy, doświadczają i dyskutują zwykli obywatele, przynajmniej ci zdolni do autorefleksji. Na swój skromny sposób Little Inferno też je podejmuje, bez publicystycznej dosłowności, subtelnie poddając pod rozwagę.

blog-femina-ludens-plonie

Wielkość „Piekiełka” polega na tym, że pozostając sympatyczną zabawą z nutką poezji, stanowi jednocześnie wypowiedź w ważnej dyskusji. A zabiera głos we własnym języku – języku gier, wykorzystując metaforyczne środki swoiste dla tego medium. Jak na równoprawną gałąź kultury przystało, nie przemawia hermetycznym slangiem graczy, tylko językiem uniwersalnym, zrozumiałym dla wszystkich. Dzieło Tomorrow Corporation stanowi kolejny krok na drodze gier do wypracowania własnego języka, nawet jeśli wciąż jeszcze pozostają na etapie gaworzenia.

Nie będę oponować, gdy ktoś stwierdzi, że Little Inferno prawdziwą grą nie jest. Dopóki jednak się do tej kategorii zalicza, mam prawo ją uznać za najważniejsze wydarzenie ostatnich miesięcy, a może nawet grę roku.

Recenzja opublikowana przez Technopolis 9.01.2013 r.

Podobne wpisy

  • Year Walk

    Jako horror Year Walk pozostaje bardzo subtelna, lecz sugestywna, skutecznie wywołując melancholię i budując narastający niepokój.

  • Tramwajem przez pustynię

    Na wezwanie dawno niewidzianego brata udajemy się do jego mieszkania, gdzie zastajemy notatki o eksperymentach z kapsułą czasu i odwiedzinach w tajemniczym Lśniącym Świecie. Brat ostrzega, by nie podążać jego śladem, więc… ruszamy!

  • Chwilo, trwaj

    Niewątpliwie na początku strona wizualna oraz towarzysząca jej „instrukcja obsługi” budzą oczywiste skojarzenia ze sferą erotyki. To jednak wcale nie musi być jedyny klucz interpretacji ani dominujący model odbioru.

  • Gra na urodziny

    Punktem wyjścia jest moment, gdy w trakcie wypadku samochodowego – jak to się mówi potocznie – „życie przelatuje przed oczami” bohaterki….

  • Midnight Margo

    Tytułowa Margo znajduje się na trudnym etapie wychodzenia z depresji. Właśnie zakończyła terapię i zabiera się do przejęcia kontroli nad własnym życiem metodą… grywalizacji.

  • Pół złamanego miecza

    Miecz znowu złamany, ale tylko w połowie. Broken Sword 5 ukaże się w całości za parę tygodni, ale możemy już grać w pierwszą część piątej odsłony.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *