Ojcowie, matki, dzieci

Kilka prawdziwych opowieści o tym, jak wyglądają relacje grających rodziców i dzieci.

Ojciec

Delikatnie mówiąc, za grami nie przepada. Za dużo w nich zgiełku i przemocy. Dobiega siedemdziesiątki, więc łatwo policzyć, że w latach czterdziestych XX wieku był za młody, by brać czynny udział w przedstawionych wydarzeniach. Jednak pamięta Los Angeles z tamtych lat – miasto dzieciństwa i młodości, gdzie mieszkał jako syn gliniarza z LAPD.

Chrisowi Donlanowi udało się namówić ojca na wyprawę w przeszłość i zaprosić do wspólnej sesji w L.A. Noire. Trudno powiedzieć, dla którego z nich to doświadczenie  okazało się to bardziej odkrywcze i wzbogacające. Chyba potrafię sobie wyobrazić nostalgiczne odczucia ojca. Zaczynam doceniać drzemiące w wirtualnej rozrywce możliwości odtwarzania światów minionych, a nie tylko kreacji nowych.

Synowi zwyczajnie zazdroszczę, że mógł grać razem z jedynym w swoim rodzaju ekspertem. Ojciec potrafi dostrzec z pozoru nieistotne drobiazgi i nieścisłości, a jednocześnie docenić świetną robotę twórców („to auto dokładnie tak wyglądało, ale odgłos silnika był inny”). Jakież to musi być wspaniałe uczucie: sprawić ojcu radość i dostarczyć wzruszeń za pomocą… gry. To się nazywa zrobić właściwy użytek z potencjalnie szkodliwego narzędzia.

A gdyby jeszcze żył dziadek…

Matka

Lucy Kellaway jest jedną z wielu matek obserwujących z niepokojem, jak gry wideo w pewnym sensie odbierają im dzieci. Odkąd chłopcy dostali PS3, całkowicie zatracili się w kompulsywnej, krwiożerczej rozrywce. W propozycji dołączenia do jury GameCity Prize dostrzegła zatem szansę na odbudowanie kontaktu z synami. Ma 53 lata, więc jeszcze trochę pamięta, jak czuła się po drugiej stronie barykady, gdy jej rodzice nie akceptowali słuchanej przez nią muzyki i punkowej mody. Chce przynajmniej zrozumieć.

GameCity Prize zaprasza do dyskusji osoby ze świata kultury i mediów, nawet jeśli to ich pierwszy kontakt z grami. Słusznie, bo któż ze „środowiska” odważyłby się napisać o Mass Efect 3: a big commercial sci-fi blockbuster about people in spacesuits killing each other.  Dzięki, Lucy, tak właśnie podejrzewałam. Z drugiej strony muszę przyznać, że do formułowania tak oczywistych w swej prostocie sądów dojrzewam dopiero teraz, po paru latach eksperymentowania.

Równie ciekawy jak artykuł NYT jest odzew ze strony graczy, o ile zdobędą się na coś więcej niż she doesn’t get it (skąd ja to znam…). Zarzuca się autorce, że podchodzi do gier jak do książek lub filmów, uparcie poszukując fabuły. Na przykład Fez to gra o ludziku w dziwnym kapeluszu wspinającym się na budynki itp. Cóż, najwyraźniej nieświadomie dołączyła do stronnictwa narratologów… Nie przeszkadza jej to dostrzec klimat, muzykę, rzadko podejmowaną tematykę – w Catherine, Journey czy Proteusie.

O grach bez graczy? Tak! Oby ta propozycja okazała się kulturową odtrutką na kulturalne rozważania o wyższości podduszania nad podrzynaniem gardła (lub odwrotnie).

relacje-grajacych-rodzicow-i-dzieci

Dzieci

Wiadomo, dziś wszystkie grają. Również dzieci graczy, co o dziwo dostarcza problemów wychowawczych także ich rodzicom.

Jak wielu innych chłopców, po powrocie ze szkoły synek Seana Sandsa odrabia lekcje i wykonuje niezbędne czynności tylko po to, by rodzice wreszcie dali mu spokój i pozwolili wkroczyć w świat gier. Gdyby nie ich interwencja, grałby na okrągło, by w końcu paść z wyczerpania. Co wieczór powtarza się ten sam rytuał: oni każą mu kończyć, a on znajduje tysiąc wymówek, by pograć dłużej. Najpierw udaje, że nie słyszy, później targuje się: „tylko do sejwu”, „muszę skończyć misję” itp. Ojciec zna te chwyty, sam niedawno je stosował. Jednak trochę czuje się winny, gdy po zagonieniu dziecka do łóżka wraca „dokończyć level” albo zaczyna w nocy grać na jego sprzęcie. Przecież wręczając chłopcu nową grę, w głębi duszy myśli: baw się dobrze, synu, i nie waż się chodzić do szkoły, zanim skończysz!

Minęła epoka przerażonych rodziców walczących („gry to zuo”) lub z rezygnacją przymykających oczy („przynajmniej nie idzie kraść”). Doczekaliśmy pokolenia rodziców świadomych. Okazuje się, że wcale nie jest im łatwiej.

Poza rozterkami grającego ojca polecam również lekturę komentarzy do wpisu.

Skomponowałam ten „przegląd prasy” nie tylko ze względu na wspólną tematykę. Po prostu spośród przeczytanych ostatnio tekstów dotyczących gier te mnie najbardziej zaciekawiły. Znamienne. Kiedyś gracze interesowali mnie bardziej niż gry. Teraz bardziej niż gracze obchodzą mnie ich rodziny. Co dalej?

Podobne wpisy

  • Zróbmy sobie nie-gry

    W Święto Epifanii Michael Samyn napisał:
    Poddaję się. Straciłem nadzieję, że gry kiedykolwiek staną się istotnym medium kulturalnym.

  • Ładny mi koneser

    Jak się nie ma, co się lubi, czyli gry w oryginalnej wersji językowej, to trzeba się cieszyć polskim tłumaczeniem. Poniżej przytaczam zabawne wpadki pseudotłumaczy

  • Za co przepraszać

    …śmieszny wydaje mi się sam pomysł tłumaczenia się z zaniechania blogowania. – czynności bądź co bądź dobrowolnej i na dobrą sprawę nikomu niepotrzebnej. …

  • Komu dzwoni dzwonek

    Doesn’t that ring the bell? [Nic to panu nie przypomina?/Mówi to panu coś?]
    Czyż nie dzwoni dzwonek? …

  • Wielcy kompozytorzy w grach

    Najpierw łączono jego twórczość z ideologią nazistów. Potem Coppola sugestywnie skojarzył cwałowanie Walkirii z amerykańskimi nalotami na Wietnam. A jednak to właśnie Richard Wagner okazał się pierwszym wielkim kompozytorem, którego twórczość weszła…

  • O wszystkim

    Wszystko jest daremne, ważne, ulotne, Wszystko jest wieczne (wideo).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *