Strona główna » Zabawa w podchody

Zabawa w podchody

Dawniej grzeczne dziewczynki bawiły się „w dom”, a psotni chłopcy „w wojnę”. Dzisiaj one grają w Simki, a oni… cóż, dla nich jest prawie cała reszta gier. Najfajniej jednak było bawić się wspólnie, i to wcale nie „w doktora”, tylko w podchody – prawdziwe, nie wirtualne.

wirtualne-podchody-w-gray-matter

Zabawa w podchody w realu

Zabawa wymagała sporo inwencji, zwłaszcza od drużyny ukrywającej „skarb” czy co tam akurat stanowiło trofeum do zdobycia. Należało schować je tak, by maksymalnie utrudnić przeciwnikowi dotarcie do celu, a zarazem dać mu szansę na odnalezienie go. Oczywiście pod warunkiem wykazania się spostrzegawczością oraz inteligencją. Zostawiało się za sobą strzałki – zwykle rysowane po prostu na murach czy ziemi lub układane z patyków. Czasem były też perfidnie zakamuflowane, celowo wtopione w otoczenie. Łatwo je było w pośpiechu przeoczyć i utknąć, ale nikt nie narzekał wtedy na pixel hunting. Każdy bacznie rozglądał się dokoła i biegł z powrotem, by sprawdzić, czy nie pominął ważnej wskazówki.

Należało koniecznie zlokalizować punkty węzłowe, gdzie czekały karteczki z podpowiedzią, co robić dalej. Sztuka polegała na tym, by w miarę możliwości nie podawać instrukcji wprost, tylko formułować je enigmatycznie, za pomocą szyfrów, zagadek lub skojarzeń odnoszących się do charakterystycznych elementów krajobrazu. Zabawa w podchody była rodzajem, gry terenowej, obejmującej okoliczne podwórka, ogrody, parki oraz wszelkie dostępne… lokacje. Nawet jeśli punkt docelowy nie był bardzo oddalony w przestrzeni od punktu wyjścia, to dzięki odpowiednio rozlokowanym „opóźniaczom” jego poszukiwanie stawało się wyzwaniem i przygodą zarazem.

wirtualne-podchody-rebus

Kiedy dzieciaki przestały bawić się w podchody? Podejrzewam, że nastąpiło to wraz z upowszechnieniem urządzeń służących elektronicznej rozrywce. Przetrwały jednak w wersji sportowej jako zawody na orientację, a z drugiej strony wracają w postaci tzw. gier miejskich. Organizuje się je przy okazji obchodów rocznic (np. powstania warszawskiego) lub w ramach imprez integracyjnych dla pracowników firm i korporacji. Dzieli się takie międzynarodowe towarzystwo na grupy i zaopatruje we wstępne instrukcje tudzież mapki, a potem muszą sobie radzić sami. Po krótszym lub dłuższym zwiedzaniu nieznanego miasta dotrą do „skarbów” czekających zwykle w jakiejś miłej restauracji z obficie zaopatrzonym barem.

Wirtualne podchody w grach

Najbliższe podchodom są gry zwane przygodowymi. Podążamy w nich według wskazówek drużyny twórców, wpadając w zastawione przez nich zagadkowe pułapki, opóźniające osiągnięcie celu i poznanie fabuły. Zazwyczaj maskuje się tę konstrukcję, zmieniając dekoracje i komplikując rozgrywkę, ale bywa i tak, że twórcy celowo podchody eksponują, jak zrobiła to Jane Jensen w Gray Matter.

podchody-w-oxfordzie

Bohaterka, aspirująca do członkostwa w pewnym ekskluzywnym klubie, poddaje się sprawdzianowi w formie zaszyfrowanej zagadki. Musi najpierw ją właściwie odczytać, a potem skojarzyć zawarte w niej podpowiedzi z topografią Oksfordu. Rozmawia więc z mieszkańcami i zbiera informacje o mieście, by odnaleźć prowadzące do celu wskazówki, specjalnie dla niej ukryte w różnych dziwnych miejscach. Nikt nie pyta, jakim cudem tam zawędrowały. Wszyscy wiedzą, że Klub Dedala urządza „wielką grę” w formie podchodów czy jak kto woli scavenger hunt.

Premiera każdej odsłony przygód Carol Reed to jak zaproszenie na kolejne wirtualne podchody do Norrköping. Fabuła rozwija się zwykle wokół tajemnicy z przeszłości lub zagadki kryminalnej, ale spoza wciągającej intrygi wyziera znajomy schemat. Trzeba odszukać w kieszeni płaszcza klucz do szuflady biurka, by znaleźć tam szyfr do zamka walizki, w której jest mapka dojazdu do miejsca, gdzie ukryto kod do skrytki z adresem osoby mogącej udzielić informacji o… i tak dalej po nitce do kłębka. Każdy z elementów tego łańcuszka znajduje się w innym miejscu na mapie miasta, która stopniowo przed nami się odkrywa.

Co ważne, rzecz dzieje się w mieście rzeczywistym, przedstawionym za pomocą realistycznych fotografii. Realia codzienności na tle wnętrz i plenerów jak z sąsiedztwa potęgują wrażenie współuczestnictwa w akcji. Tu skojarzenie z pamiętaną z dzieciństwa zabawą w podchody jest wyjątkowo silne. Może właśnie tego szukają w grach wychowani w czasach, gdy komputerów na świecie nie było lub zajmowały pół szafy.

 

Podobne wpisy

  • A planety szaleją

    …skąd wzięły się analogie na okładkach i kto zsynchronizował pozycję zegarów na planecie…

  • Przypadki Samarytanina

    The Samaritan Paradox posiada zarówno fabułę, jak i dobrze osadzone w niej zagadki. Co ważne, nie musi się ich wstydzić.

  • Macki w Sanitarium

    W Green Hills Sanitarium ratowałam ukochanego, który udał się do podejrzanej kliniki psychiatrycznej, by zbadać bliżej nieokreślone nieprawidłowości, i nie powrócił z tej misji. …

  • Graj i nie grzesz więcej

    „Duchowość” w kontekście gier wideo  brzmi anachronicznie. Dążenie ku dobru trudno uznać za ich dewizę, co zresztą odnosi się do innych gałęzi współczesnej kultury, wyraźnie zafascynowanej złem.

  • Pierwsza ciężarówka

    Najbardziej ujęło mnie wprowadzenie wątku ciąży. Zdałam sobie właśnie sprawę, że to chyba jedno z growych tabu. O sejfach czy łazienkach mogłabym w nieskończoność, a żadnej kobiety ciężarnej przywołać nie potrafię

  • Zamknij oczy, otwórz buzię

    Dawno nie spotkałam tak sympatycznej i rezolutnej szesnastolatki. Gdzie ona się uchowała? Za górami, za lasami, w dalekiej Szwajcarii, w odciętym od świata domostwie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *