Nie notowany jeszcze przez słowniki, bo podobno urodził się w zeszłym roku. Tak twierdzi ciotka Google, a jeśli ona o czymś nie wie, pewnie to coś nie istnieje. Niedawno nieśmiało raczkował i mało kto o nim słyszał. Ostatnio znienacka stał się popularny, a wkrótce może być na ustach wszystkich. Któż taki? Misogynerd. Jeśli do nas zawita, nazwiemy go pewnie: mizoginerd, czyli mizoginiczny nerd.
Nerd oznacza tutaj fana gier wideo, w tym zwykłych graczy, publicystów o grach piszących oraz twórców. Mizogin – wiadomo, gardzi przedstawicielkami płci pięknej. Gdy jeden z drugim się zejdą, ich niechęć zwraca się szczególnie ku tym kobietom, które ośmielają się grać, wypowiadać o grach lub je tworzyć. Granie to przecie męska rzecz. Jeśli kobieta gra, to słabo, jeśli pisze, to nie ma pojęcia o czym, a jak tworzy, na pewno coś zepsuje.
Na początku słówko używane było sporadycznie, głównie przez kobiety, w odniesieniu do przejawów męskiego szowinizmu w branży, na przykład:
Mizoginerdzkie święte krowy
Women speak out against misogynerd sacred cows
W tym kontekście „mizoginerdzkie święte krowy” to ludzie z Penny Arcade, którzy w jednym ze swoich komiksów pozwolili sobie na niesmaczne żarty z gwałtu. Nie rozumieli, czemu kobiety znające temat z autopsji poczuły się dotknięte, a inne panie w odruchu solidarności ogłosiły bojkot żartownisiów. Cytowany komentarz pojawił się pod notką na temat antyfeministycznego incydentu sprzed kilku miesięcy, znanego jako Feminist Whore ukryta w Dead Island. Do idiotyzmów tego typu nie warto wracać, ale jak ktoś sprawę przeoczył, niech zapyta ciotkę G.

Nowego słówka nie mogło zabraknąć przy okazji premiery kultowej gry mizoginów, kiedy to jeden z twórców w ramach promocji buńczucznie prowokował feministki. Młoda autorka gier Deirdra Kiai nie zdzierżyła i na blogu nawiązała do jego wystąpienia:
everyone knows all the money comes from hardcore misogynerd dudebro gamer culture, and we can’t alienate them or we’ll all be out of jobs
Pełne jadu, owszem, ale z czysto filologicznego punktu widzenia jakże smakowite: hardcore misogynerd dudebro gamer culture… mniam. Aż szkoda tłumaczyć, by nie zepsuć, a zresztą po co, skoro u nas hardkorowe ziomalstwo nie występuje. Ja w każdym razie mam szczęście spotykać wyłącznie rycerskich dżentelmenów w tym środowisku.

Sprawa Jennifer Hepler
Zapewne skończyłoby się na okazjonalnych użyciach owego neologizmu, gdyby nie sprawa Jennifer Hepler. Pracownica Bioware postąpiła wyjątkowo nieroztropnie, odpowiadając szczerze na pytanie, czego w swej pracy najbardziej nie lubi:
Playing the games. I came into the job out of a love of writing, not a love of playing games. While I enjoy the interactive aspects of gaming, if a game doesn’t have a good story, it’s very hard for me to get interested in playing it. Similarly, I’m really terrible at so many things which most games use incessantly — I have awful hand-eye coordination, I don’t like tactics, I don’t like fighting, I don’t like keeping track of inventory, and I can’t read a game map to save my life.
Tłumaczy dalej, że spodziewa się dziecka, więc będzie miała coraz mniej czasu na śledzenie poczynań konkurencji. Gdyby w grach istniała opcja przewijania naprzód i pomijania sekwencji zręcznościowych oraz walki, łatwiej by jej było zorientować się, co robią inni. Wygrzebany po latach wywiad sprawił, że nieszczęsna stała się wrogiem publicznym nr 1 społeczności graczy. Pomyje wylewane na jej głowę wszelkimi kanałami zmusiły ją do zablokowania kont internetowych, a ponoć i telefonu. W obronie prześladowanej zbierano nawet podpisy pod petycją na Border House, gdzie sprawę na bieżąco komentowano:
This is at the heart of why the misogynerds are so angry: the industry is changing, it’s been changing for a long time, and it’s no longer the sole domain of misogynist nerds like them.
Na fali agresji wywołanej głęboko zakorzenionymi uprzedzeniami rosła popularność bohatera niniejszej notki. Jego matką chrzestną została Susan Arendt, redaktorka The Escapist, gdy na Twitterze obwieściła:
Am now adding the word „misogynerd” to my vocabulary
co natychmiast podchwycili inni.
Na marginesie tej czysto lingwistycznej notki nie sposób nie zauważyć, że całe to zamieszanie obnaża mentalność części graczy. Nie pozostawia wątpliwości, co w mniemaniu większości stanowi esencję ich hobby i czego będą bronić jak niepodległości. Do pewnego stopnia nawet rozumiem ich frustrację. Pamiętam, jakim wstrząsem była dla mnie swego czasu wiadomość, że pewien autor moich ulubionych gier łamigłówkowych prywatnie grywa w fps-y, a szczególnie upaja się Halo. Szok! W swej naiwności sądziłam, że on tworzy natchniony miłością do przygodówek.

Trudno powiedzieć, czy misogynerd okaże się gwiazdką jednego sezonu, czy zostanie z nami na dłużej. Przyszłość słowa zależy od jego desygnatów.
